Minął tydzień odkąd w bardzo gorący i parny dzień robiliśmy reportaż ślubny Olgi i Bartka. Z dniem tym wiąże się koszmar jaki nas prześladuje – niedojechanie na ślub. Nie boimy się, że nie wyjdą zdjęcia, że popsuje się aparat, że upadnie obiektyw, że skasują się zdjęcia (tutaj połowa naszych Par ma już pewnie zawał) – prześladuje nas wizja sytuacji, gdy nie zdążamy dojechać na ślub. Wyjeżdżamy zawsze wcześniej. 2x GPS plus iPhone z Google Maps… a o włos jadąc z przygotowań Olgi i Bartka spóźnilibyśmy się do kościoła. Po drodze remonty – objazdy – zakazy wjazdu. Niby 6km do przejechania, 20 minut czasu a dramat. Okazało się, że są dwie ulice o tej samej nazwie w obrębie Konstancina… Teraz szczypta pikanterii – Olga na przygotowaniach opowiada swój sen z nocy przedślubnej: że nie dojeżdżamy do kościoła tylko dopiero na wesele… Śmiejemy się do momentu, gdy GPS prowadzi nas pod czyjś płot – miał być kościół a jest murowany płot i kawał błota, które nasz Jeep wciąga z rozkoszą. Krążymy – szukamy na trzech urządzeniach – w końcu trafiamy na drugą ulicę o tej samej nazwie. Na szczęście 3km czyli trzy minuty rajdu po jakichś dołkach. Niestety – gęsto od drzew i wierzyczki nie widać. Miga nam za to dom Marzeny (Panny Młodej z zeszłego roku, która miała Ceremonię w tym kościele jakiego szukamy). Jest lepiej – coraz bliżej – ale chyba stanu zawałowego – niecały kilometr od kościoła i NIKT, absolutnie nikt z napotkanych osób (a wiek raczej „czynnie kościelny” okolice 60 lat i powyżej) nie umie powiedzieć, gdzie jest najbliższy kościół. Zwyciężyła niezmordowana logika podwarszawskich miejscowości – kościół powinien być w okolicach ulicy… Kościelnej
Wnioski? Jechać za kimś z rodziny lub za Parą. Jechanie za parą oznacza, że Agnieszka wyskakuje w biegu z aparatem a ja parkuję czołg. To wariant nerwowy, ale – dojazd na Ceremonię Olgi i Bartka pokazał nam, że jest w tym wariancie jakoś mało nerwów. Zdążyliśmy pod kościół tuż tuż, bo dosłownie 4 minuty przed przyjazdem Pary.
Drugim motywem tego postu jest niezdecydowanie. Dlatego nietypowo – nie jedno a trzy zdjęcia:

Coś co nas coraz bardziej wkręca – „afterframe” – taka następna klatka od tej oczywistej. Płatki poleciały – przesympatyczny pan, który niezauważalnie przebiega przez kadr w 50% tworząc to zdjęcie to Bolek – tata Olgi. Chłopak z długimi włosami, któremu praktycznie wypada pudełko z płatkami z ręki trzyma w drugiej aparat. Nikona
Klatka pełna niezdecydowania – dociąłem nieco górę, bo – było tam miejsce na ew. płatki, które miały jeszcze polecieć, ale się na to niezdecydowały

Za tą fuchę Bartek jest mi dłużny conajmniej dobre wino – nic nie wypominając to ja mu załatwiłem noszenie na rękach przez pięć uroczych pań i wachlowanie suknią przez małżonkę. To se ne vrati Bartek…

A to zdjęcie lubię za naturalność i nieprzepozowanie. Walczę na nim z kasownikiem, który wyrasta mi dokładnie w takim miejscu, że psuje zupełnie inny kadr. A gołąbki sobie gruchają do woli
