Temat wideofilmowania jakoś omijał nas bezboleśnie – tzn. większość Par, które decydowały się powierzyć nam dokumentację swojego wyjątkowego dnia zdawała się na reportaż ślubny jaki wykonujemy. Pan z dużą kamerą pojawiał się bardzo rzadko – i zwykle dostosowywał się – podobnie jak my – do trybu współpracy. Przez kilka ostatnich lat słyszymy „zależy nam na zdjęciach”. Ostanich kilka reportaży pokazało nam zupełnie dwie strony medalu – operatora wideo i kamerzystę z klubu ADHD. Trzy historie – dobrze wspominamy tylko pierwszą.
Przykład pierwszy: opisywany reportaż ślubny w Niemczech. Pojawia się młody chłopak z kamerą Canona, jakiś wielgachny statyw i duża torba na sprzęt. Witamy się – my po niemiecku zero, on po polsku zero, przechodzimy na angielski. Rozmawiamy, opowiadam jak pracujemy, pytam o ciągłe ujęcia jakie potrzebuje on mieć sfilmowane – odpowiedź prosta „róbcie swoje – nie będziemy sobie przeszkadzać, trzymam się z boku, mam zoom w kamerze”. Tak powiedział i tak było. Chyba najbardziej stresowaliśmy się, że jemu coś zasłaniamy bo autentycznie przez całą Ceremonię w kościele przemknął mi może gdzieś kątem oka ze dwa razy. Ideał współpracy.
Przykład drugi: para, której bardzo zależało na reportażu. Jednak kamera musi być bo rodzice etc. Przychodzi Pan w wieku mojego taty. Miałbyć jego syn, generalnie filmują razem, ale dzisiaj jest on sam, bo syn ma inne zlecenie. Pan miał dwa syndromy na przemian: ADHD i coś co koledzy na stronie kameruni.pl nazywają syndromem betonowej stopy. Jak stanął tak stoi – metr od Pary. W kościele jasno, ale on świeci im w oczy, że muszą je mrużyć albo muszą opuścić głowy. Przeogromniaste cienie, zaoranie kontrastem efektów makijażu – porażka na całej linii. Pan kamerzysta w wejściu do kościoła już się denerwuje, bo Para w wejściu rozmawia ze świadkami zamiast stanąć na baczność do ujęcia. Para wchodzi, Pan kamerzysta dwa metry od nich. Chyba popsuł się ten zoom. Musimy mu wybaczyć – siła wyższa. Siła wyższa nie opuszcza Pana przez całą Ceremonię – Pan staje metr obok Pary i filmuje ich, filmuje kwiatki, filmuje sklepienie - zaczynamy podejrzewać, że przykleiły mu się buty i szukamy odruchowo jakiś rozpaczliwych gestów pomocy z jego strony. Zamiast tego sygnał daje ksiądz prowadzący Ceremonię. Sakrament małżeństwa. Pan odkleja się od Pary, my przedwcześnie cieszymy się – Pan ze stresu tego przyklejenia do dywanu w kościele dostaje ADHD – musi nadrobić to stanie w miejscu. Jesteśmy pełni zrozumienia – mamy 4latka, który reaguje podobnie. Nie wiem jak udaje nam się wytrwać – powtarzamy jak mantrę „kochaj bliźniego…”. Pan w pewnym momecie Przysięgi usiłuje włożyć Pannie Młodej obiektyw w oko! Być może to ten dynamizm ujęć. Po Ceremonii pierwszy raz interwencja: u Pary i u konsultantki ślubnej. Czujemy się zażenowani, Parze jest przykro podwójnie – raz, że sami czują się dyskonfortowo z żarówką wetkniętą w twarz, dwa – wiedzą, że Pan który miał być z boku dodatkowo staje nam na drodze co minutę, jeszcze dochodzi obawa, że tracą przez to dobre ujęcia. Pan na Przyjęciu jest już postawiony do pionu, swoją aktywność argumentuje mantrą „bo Was jest dwoje”. Na odpowiedź „ale przecież nie stoimy na środku tylko na obrzeżu” wraca mantra. Rzeczywiście: nas jest dwoje. Sól szkodzi i dlatego cukier też szkodzi. Przecudowna Para Młoda, fantastycznie zorganizowany ślub i fuckup roku: kamerzysta. Gdyby nie sympatia dla konsultantki ślubnej i szacunek do jej pracy, napisałbym jaka to firma filmowała. Konsultantka pociesza nas: dobrze że nie przyszedł jego syn, on rozstawia sześć halogenów na sali… Wow, poczulibyśmy się jak na boisku piłkarskim. Marcin jest prawie pewien, że obudziło by to drzemiącą w nim nadal gwiazdę rocka.
Historia trzecia to dramat w trzech odsłonach. Miał być jeden operator wideo, skończyło się na dwóch kamerzystach wspomaganych przez trzeciego kamerzystę. Panowie popadają w dualizm koncepcji współpracy: dwóch deklaruje, że nie świecą i nie podchodzą (tak jest do momentu Ceremonii), bo mają przecież zoomy, trzeci zaczyna rozmowę od „no to będziemy sobie przeszkadzać”. Te credo na początku przyjęcia udziela się dwóm pozostałym, interweniuje Para, nie chcą mieć obiektywów w twarzy jak na przygotowaniach, dlaczego jest świecone skoro miał być sprzęt umożliwiający pracę w zastanym świetle – Panowie mówią coś o braku takich wskazówek – klasyka a’la Bart Simpson – to nie ja, to już tak było. Para omawiała wszystko z właścicielem firmy, dużo obietnic, zgoda na wszystko po czym okazuje się, że na ślubie ląduje trzech pracowników, którym nikt ustaleń nie przekazał. Pytanie co w takim momencie powinien robić fotograf? To jest reportaż, w sumie może powinniśmy właśnie skupić się na tym co się dzieje – na kamerzystach biegających wokół Pary z kamerami. Trzy satelity – przez Ceremonię i 70% przyjęcia. Chyba oglądali „Wesele” i bardzo wzięli do siebie „kameruj pan, chcę mieć wszystko” Wojnara – obiektyw ląduje w indyku, w kieliszku. Najbardziej zadziwiające jest to, że udało się ich zgubić na 95% zdjęć. Prawie cud nad Wisłą. Niestety Para po obejrzeniu materiału wideo była raczej daleka od określenia swojej inwestycji w wideo jako cud mjut malyna. Obraz się trząsł jakby filmował to wujek. To był cytat. Trzech panów, trzy statywy w wersji duży lub bardzo duży.
Podsumowując: czy przeszkadza nam operator wideo? Nie. Operatorów wideo spotykamy tak rzadko, że uważamy ich za gatunek pod ochroną. Czy przeszkadzają nam kamerzyści? W sumie – moglibyśmy zadeklarować, że nie, bo kamerzysta/kamerzyści głównie przeszkadzają Wam – Parom, Waszym gościom chowającym się na widok kamery. Naturalne reakcje? Żarty na bok – kto przy lampie z halogenem H4 (mieliśmy takie żarówki w Peugeocie
) lub jeszcze bardziej bijącej po oczach lampie ledowej (nowa moda – chińska lampka za 15 USD – dłużej można świecić i światło jest oczywiście oderwane w kosmos od temperatury naturalnego światła) będzie się zachowywał naturalnie? Albo zatańczy w intymnych warunkach 2x 1500W na statywach z halogenami budowlanymi?
Dlaczego wybiera się kamerzystę? Cynicznie: aby wydać pieniądze na coś, czego nie będzie się oglądać i czego się będzie w sumie żałować. W 95ciu przypadkach na 100. Lekcja odrobiona – specjalnie na spotkania przygotowujemy galerię strzałów w kolano czyli jak wszyscy bardzo kochamy panów z kamerami. A tak na poważnie: żal mi Par. Moment mocno emocjonalny – następuje szantaż psychologiczny ze strony rodziny – bo kamerzysta to musi być i wybiera się na szybko byle by był. A potem kwiatki.
Operatorzy wideo – chętnie podejmiemy współpracę, będziemy Was polecać Parom. Wróćcie na rynek… Skontaktujcie się z nami, przyślijcie demo. Dzisiaj dzwoniła Para i prosiła, żeby kogoś polecić. Rozumiemy problem – nie nagrywamy dźwięku (z tego co udało nam się zbadać – na tym głównie Parom zależy – aby usłyszeć słowa przysięgi etc.), ale też zwykle nie oglądamy gotowych materiałów wideo naszych Par. Sytuacja jest patowa. Ogłoszenie w sprawie współpracy operatorów wideo proszę uważać za zawsze aktualne -> formularz kontaktowy.
