film się urwał

Rozczaruję wszystkich nastawiających się na typowo Niedźwiedzią egzystencjalno-humorystyczną relację w temacie zabarwienia życia procentami.

Urwałem film w aparacie. Aparat pamiętający pewnie moje narodziny bo Canonet GL QL17. Taki mały, lekki, niepozorny dalmierz o mniejszej wartości i trwałości przy wykorzystywaniu funkcji jako młotek do wbijania gwoździ. Dalmierz – nie laser, bez LCD, bez bajerów, prawie manual (prawie bo ma tryb triorytetu czasu czyli takie canonowskie Tv). Noszę go sobie w kieszeni, niespecjalnie się przejmując czy go zgubię. Dopiero moment, kiedy przestajemy panować nad tym co jest w środku aparatu uzmysławia nam sentymentalność do własnych pstryków i bezcenność niektórych klatek zatrzymanych na celuloidzie.

Był sobie film. Taki normalny Ilford HP5. Włożyłem go do aparatu 13go lutego w piątek i przez jakieś 10 dni robiłem na nim zdjęcia.

Pierwsze klatki zrobiłem 13 lutego. Czekało nas długie w skali czasu dorosłego (a przeogromnie, niewyobrażalnie długie w skali czasu trzylatka) badanie Tymka w szpitalu Instytucie Matki i Dziecka na Kasprzaka. Mówiąc szczerze moment dramatyczny – pojawiło się dość mocne podejrzenie o mukowiscydozę. Choroba dramat – jak wyrok. Robiliśmy badanie – test potowy. Dla dziecka dramat – siedzieć kilkanaście minut w tym samym miejscu podłączone do elektrod, potem pół godziny pocenia się i picia wbrew swojej chęci ciepłych płynów. To taki dość smutny moment – my zdenerwowani, Tymek spłakany. Zrobiłem dosłownie kilka klatek na korytarzu szpitalnym – Tymek powiedział po chwili – Tatusiu nie rób mi teraz zdjęć. Test wypadł bardzo dobrze, nie wyobrażam sobie co by było gdyby wynik był inny.

film_sie_urwal_04

film_sie_urwal_07

Następne klatki na filmie to kawka z Sergiuszem. Z Sergiuszem jesteśmy trochę jak stare małżeństwo – po przejściach. Razem padaliśmy na twarz przebudowując studio fotograficzne na Towarowej, potem razem się kłóciliśmy a teraz razem gadaliśmy o analogach, dziwnych aparatach przypominających przenośne radio, żarówkach spaleniowych i… fotografii ślubnej. Od Sergiusza nauczyłem się w ciągu jednej sesji chyba najistotniejszej rzeczy w fotografii: nie ma co się za nią zabierać, jeżeli nie masz pomysłu co chcesz zrobić i jak to chcesz zrobić. A nauczyłem się tego w ciągu jednej sesji – z krabem. Przyniosłem wtedy na sesję cegłę w postaci Mamiyii RB67, polaroida i paru kaset z filmami. Sergiusz wtedy zrobił chyba pierwsze zdjęcia na średnim formacie, a ja trzymałem co było trzeba – blendę, karton i kraba ochrzczonego Henio, który usiłował mnie dziabnąć 🙂

Na kawkę obaj przytargaliśmy w tajemnicy przed drugim aparaty. Sergiusz przyniósł pudełeczko Zeiss’a na średni format (6×9 cm czyli wbrew średnioformatowym dziwactwom w okolicach kwadratu w ludzko-małoformatowych proporcjach 2:3) mające z osiemdziesiąt lat, ja natomiast – jak pewnie się domyślacie miałem w kieszeni Canoneta. No to żeśmy pstrykneli parę razy. Box zaliczył Ilforda delta3200, Canonet HP400. Dla podkręcenia emocji: 1/60 f11 Zeissa, 1/15 w granicach f1/1.7-2 Canoneta.





Cudne te celuloidy. Powabne*. Czasem bezcenne – jak te dla mnie.

PS. film urwał się na 6cm rozbiegówki, reszta została szczęśliwie (?) w Canonecie. Udało się z pomocą przemiłych pań w Relaxie wyciągnąć zagubione półtora metra celuloidu ze stratą zaświetlenia zaledwie dwóch klatek. Cud. A prorokowano już, że nie zostanie nic z tej rolki 🙂

1Comment
  • adam dudko
    Posted at 23:09h, 11 March Reply

    milo popatrzec na dinozaury celulojdu. Tylko byście nie zrywali tak tych filmów towarzyszu MR i zanieśli Oneta do przeglądu…widzieli nowy obiektyw Lejki 0,9 50mm ?…czy to jest sen jakhis czy Java ? 6500zielonych ….

Leave a Reply